• Wpisów:12
  • Średnio co: 157 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 15:36
  • Licznik odwiedzin:1 734 / 2050 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Postanowiłam zawiesić pisanie opowiadania. To nie ma sensu, jeśli nikt go nie czyta. Ja straciłam chęć do pisania kolejnych rozdziałów, bo nie mam motywacji. Może i mam kilka pomysłów na kontynuację opowiadania, ale równie dobrze mogę pisać w Wordzie, bez publikacji tego w internecie.
Ludzie tylko masowo usuwają mnie ze znajomych.
Opowiadanie i tak by niedługo "umarło", bo coraz rzadziej pisałam rozdziały.
Tak więc, zawieszam je, może tylko chwilowo...
  • awatar The Dark Side: @Another Bruno Mars's Stories: :) Też mam taką nadzieję i zmotywowałaś mnie trochę do napisania czegokolwiek :)
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Ja je czytam! Tylko ostatnio na nic nie mam czasu :/ przez to zapuściłam większość Waszych opowiadań. Postaram się poprawić! :) zaraz zabieram się za nadrabianie Twoich odcinków. I mam nadzieję, że wena Ci wróci :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

12.

Festiwal Lata był imprezą, organizowaną pod koniec czerwca, na plaży w Rochester. Nie było na nim nic specjalnego, to po prostu rodzaj wielkiego pikniku, ale zawsze przychodziła masa ludzi.
- No chodź, podobno w tym roku ma być coś specjalnego.
- Czyli?
- Nie wiem, ale może być całkiem nieźle. Nie daj się prosić.
- Ten twój dar przekonywania – zaśmiała się - W porządku, zgadzam się.
Szli ulicą, rozmawiając, ale nie dostrzegli stojącej w bocznej uliczce postaci, która obserwowała ich od dłuższego czasu.
„Lepiej tam idź, Emmo, bo to może być twój ostatni Festiwal” – zaśmiała się w duchu.


Pogoda na Festiwal Lata była idealna. Słońce świeciła wysoko na niebie, mimo późnego wieczoru. Ludzie tłoczyli się na plaży. Z małej sceny i głośników słychać było głośną muzykę, a w powietrzu unosił się słodki zapach waty cukrowej, popcornu. i przypalonych kiełbasek z grilla. Były stoiska z napojami i piwem, wokół których wciąż kręcili się ludzie. Po lśniącej tafli morza pływały jachty i większe łodzie. Rejs kosztował tylko kilka dolarów, a widok z niego był na pewno piękny.
Emma stała z boku, trochę z dala od tłumu, wpatrując się w lekko falujące morze.
- Hej. – usłyszała za swoimi plecami.
Odwróciła się. Za nią stał Ian Hold, chłopak z równoległej klasy.
- Hej. Co słychać? – powiedział bez większego zaangażowania.
- W porządku... Wyjeżdżasz do collegu?
- Tak. Uniwersytet Nowojorski.
- Masz ochotę na rejs? – spytała nagle.
- Co?
- No wiesz, rejs jachtem. Najlepiej „Elizabeth”. To jacht ojca mojej znajomej.
- Półgodzinny rejs kosztuje 70 dolców. Może lepiej popłynąć tym statkiem, tylko sześć dolarów. – powiedziała, wskazując duży jacht.
- Ale możemy popłynąć za darmo. No chodź, nie daj się prosić.
- W porządku – uśmiechnęła się.
Ruszyli po plaży. Ian wciąż próbował podtrzymywać rozmowę, zagadując ją, ale ona cały czas odbiegała myślami. Myślała głównie o Alice. Dzisiaj miała wrócić do domu. Jej stan znacznie się polepszył, i wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Przez cały tydzień nie było żadnych wiadomości i pogróżek, ale Emma miała świadomość, że ta osoba, która wie co się wtedy wydarzyło wciąż gdzieś jest. Miała dziwne przeczucie, że dzisiaj znowu się ujawni.
- Hej Ian, kupię sobie coś tylko do picia, i możemy płynąć. – powiedziała, skręcając do stoiska z napojami.
Gdy już podawała sprzedawcy pieniądze, sięgając po swój plastikowy kubek z sokiem, gdy zauważyła znajomą postać. Mary, byłą dziewczynę Davida Williams i najlepszą przyjaciółkę Tobyego.
- Mary! – zawołała, machając dziewczynie.
Emma zauważyła, że wyraz twarzy Mary nagle się zmienił. Wyglądała na przestraszoną, i jednocześnie zdzwioną.
Uniosła dłoń i pomachała, ale jakby z przymusu, po czym odwróciła się i odeszła.
„Mary nigdy nie była zbyt przyjacielska.” – myślała, wracając do Iana.
- To co? Płyniemy?
- Jasne…- mruknął.
Byli już prawie przy jachcie. W powietrzu czuć było morską bryzę. Może łagodnie falowało, a fale rozbijały się delikatnie o brzeg.
Nagle zauważyła, że Ian stanął w połowie drogi, patrząc gdzieś w przestrzeń i najwyraźniej nie zamierzając się nigdzie wybierać.
- Idziesz…?
- Nie. Posłuchaj, to chyba nie jest najlepszy pomysł. Podobno jest mgła, i nic nie widać… To stracony czas. I mam chorobę morską. Ty…też nie powinnaś nim płynąć. Słyszałem, że jest w złym stanie. Może kupić ci watę cukrową? - powiedział z szybkością karabinu maszynowego.
- Nie, dzięki.
- Będę w pobliżu – rzucił jeszcze, i odszedł.
„Dlaczego tak nagle zmienił zdanie?” – zastanawiała się, patrząc na „Elizabeth”.

***

Alice patrzyła za okno samochodu, w milczeniu słuchając wesołego szczebiotania matki. Właśnie przywoziła ją ze szpitala. Cieszyła się, że w końcu opuści to miejsce. Wciąż była jeszcze osłabiona, ale mogła wrócić do domu. Zdawała sobie sprawę, że przez dłuższy czas nie wróci do Nowego Jorku, do swojego mieszkania, co trochę psuło jej humor.
- …a wczoraj skończyliśmy malować ci pokój, wybraliśmy taki ciemny niebieski, powiedziałbym granatowy, chociaż właściwie trochę za jasny na granatowy, to taki bardziej….
- To wspaniale, mamo. – przerwał jej.
- Tak się cieszę, że wracasz do domu…. – powiedziała, zmieniając bieg i patrząc we wsteczne lusterko.
- Taaak, ja też. – odpowiedziała.
Podczas dni, które spędziła w szpitalu, miała dużo czasu by przmyśleć wszystkie sprawy.
Od sześciu lat okłamywała swoją siostrę. Emma nie znała prawdziwej wersji wydarzeń. Teraz, po sześciu latach, gdy mogłoby się zdawać że to odeszło już w zapomnienie, sprawa Tobyego wracała niczym bumerang.
Emma dostawała tajemnicze wiadomości, i niedługo sama zorientuje się, że coś jest nie tak.
Wtedy miała tylko jedenaście lat! Nie mogła powiedzieć jej wszystkiego. Taka wersja była…lepsza. O ile można było tu mówić o „lepszej” wersj zdarzeń. Każda kończyła się tragicznie.
Wahała się, czy jej powiedzieć. A może lepiej zapomnieć o tym, w nadziei, że wszystko ucichnie?
Chociaż dobrze wiedziała, że ta osoba może powiedzieć wszystko policji. Wtedy nikt nie uwierzy, że tak naprawdę nic nie zrobiła. Będzie wyglądała na winną. Koniec, kropka. Wszystkie dowody wskazują na nią.
Jedyne wyjście, które przychodziło jej teraz do głowy, to znaleźć tę osobę. I pozbyć się jej.

***
- Hej, Emma!
Odwróciła się. Za nią stała Julie. Chodziła z nią na hiszpański. Przyjaźniły się, ale od skończenia szkoły, nie widziały się ani razu.
- Cześć, Julie.
- Słyszałaś co stało się z tym jachtem, „Elizabeth”?
- Nie, o czym mówisz?
- Podobno zatonął.
- Jesteś pewna? „Elizabeth”?
- Tak, właśnie ktoś mi powiedział. W środku był tylko trzy osoby. Wciąż szukają dwóch pasażerów. Znaleźli już wrak. Czemu masz taką przerażoną minę? Chyba nic im się nie stało, morze nie jest głębokie.
- Miałam płynąć tym jachtem.
- Miałaś szczęście. Słyszałam, jak policjant mówił, że jakaś cześć statku była uszkodzona. Przez to zatonął. I wyglądało, jakby zrobiono to celowo.
- Aha. – mruknęła.- Przepraszam cię, Julie, muszę kogoś poszukać.
Przebiegła plażę, rozglądając się za Ianem. W końcu dostrzegła go.
- Ian! Poczekaj!
Odwrócił się.
- „Elizabeth” zatonęła. Wiedziałeś, że to się stanie, prawda?
Nie odpowiadał przez chwilę.
- Nie wiem o czym mówisz.
- Wiesz. Skąd wiedziałeś że zatonie?
- Nie wiedziałem!
- Ian.
- Dobra, posłuchaj. Nie powinienem ci tego mówić – przerwał, rozglądając się na boki – Ktoś chce cię skrzywdzić. Jeśli nie zawahał się narazić na śmierć niewinnych ludzi, którzy akurat płynęli tym jachtem, nie zawaha się skrzywdzić ciebie. Uważaj na siebie.
- Co? Ian, kto to?
- Nie mogę ci powiedzieć. Tym razem ja cię uratowałem, ale może nie być następnego razu.
Odwrócił się i odszedł.
Emma stała na środku plaży, rozglądając się dookoła.
Tym człowiekiem mógł być każdy.
Poczuła zimny dreszcz przeszywający ją od stóp do głów.
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Ciekawe kto to... przez moment myślałam, że może to Alice xD ale nie, to nie możliwe. Mam nadzieję że napiszesz nowy odcinek! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

11.

*Wiem, że ostatnio kiepsko wychodzą mi te odcinki, więc naprawdę nie obrażę się za trochę konstruktywnej krytyki...*

***********

Emma siedziała w kuchni, w milczeniu patrząc jak wynajęci przez ojca ludzie zakładają nową szybę w salonie. Nie powiedziała rodzicom co się naprawdę stało. Ich nerwy były już i tak zszargane przez to, co stało się Alice.
Alice trafiła do szpitala dwa dni. Jej stan nie pogorszył się, ale też nie polepszył…
- Emma ? – usłyszała głos ojca. – Musimy porozmawiać.
- O..?
- O twoich studiach. – powiedział, po chwili wahania.- Wiemy, ze chciałaś iść na Uniwerystet Nowojorski, ale…Przykro nam, nie mamy na to pieniędzy. Nie stać nas będzie na twoje czesne. Ale… sama wiesz, jak trudno jest znaleźć teraz pracę, nawet jeśli jest się po studiach… Więc może…Nie potrzebujesz ich…Zwolniło się miejsce w naszej restauracji, mogłabyś pracować jako kelnerka, a potem piąć się dalej po szczeblach tego zawodu… To całkiem rozsądne rozwiązanie i…
- Tato, zwolnij. Chcesz powiedzieć, że nie mogę iść na studia, po nie stać nas na czesne? Ale na Alice zaleźliście pieniądze.
- Alice jest na ostatnim roku, właściwie je kończy…I zarobiła trochę pracująć w Nowym Jorku.
- A Toby?
Na dźwięk jego imienia ojciec niemal zachłysnął się.
- Toby nie potrafił grać w laccrosa. Ale dziwnym trafem dostał stypendium, po jakoś wkręciłeś go do drużyny i wmówiłeś dyrektorowi z Yale że jest świetny. Myślałam, że zależy wam na wykształceniu waszych dzieci.
- Zależy, ale..
- Zależało wam na Alice i Tobym. Ja jestem za głupia na studia, prawda?
- Emma, zrozum, chodzi o pieniądze.
- Kupiłeś tydzień temu nowego mini vana mamie. Na to były pieniądze...? W porządku, sama zarobię na studia i wyrwę się w końcu z tego cholernego Rochester. Wiem, że czasem nie chcecie się do mnie przyznawać i wstydzicie się, że wasza córka jeździ pick-upem i nosi ubrania od Gapa. W porządku.
Wyszła na zewnątrz. Wiedziała, że zrobiła zbyt wielką awanturę, ale zależało jej na studiach. Bardzo. Ostatnio żyła tylko tym. A teraz, gdy okazało się, że wielka szansa może jej się wyślizgnąć, poczuła złość, że nigdy nie może spełnić swoich marzeń. Wiedziała, że szansa na zdobycie tych pieniędzy jest znikoma, co jeszcze bardziej ją złościło.
Wsiadła w samochód, i postanowiła pojechać do szpitala, do Alice.
Widok bladej jak ściana, nieruchomej Alice wśród tych wszystkich pikających urządzeń zawsze ją przygnębiał. Coś ściskało ją za serce, gdy na nią patrzyła. Była taka krucha i drobna… Tym razem było tak samo. Rodzice zapłacili za prywatną salę i wśród ogłuszające ciszy słychać było tylko ciche „pik, pik, pik”. Nie wiadomo ile jeszcze będzie w szpitalu. Ale jej stan odrobinę się poprawił.
Alice wciąż była zbyt słaba, by prowadzić normalną rozmowę. Prawie zawsze gdy tu przychodziła, widziała śpiącą Alice. Lekarze byli jednak dobrej myśli.
Wchodząc do Sali zauważyła siedzącego na krześle obok Davida Williams.
- Cześć. – powiedziała, siadając na krześle obok niego.- Przygnębiający widok, prawda?
Skinął głową.
- Co u twoich rodziców?
Wzruszyła ramionami.
- Było ciężko, ale teraz gdy z Alice jest lepiej, wróciło ich optymistyczne nastawienie.
- Koniec odwiedzin. – usłyszeli głos pielęgniarki, która weszła do pomieszczenia.
- Ale ja dopiero przyszłam i…
- Koniec odwiedzin. – mruknęła zła i rzuciła im ostrzegawcze spojrzenie.
Zrezygnowani wyszli na korytarz.
- Nie chcę wracać do domu. Rodzice próbują mi wmówić, żeby nie szła na studia.
- Dlaczego nie chcą żebyś studiowała?
-Bo szkoda im na mnie pieniędzy.
Wyszli na parking.
-Nie musisz wracać do domu. Chodź, znam fajne miejsce. Ale musimy jechać twoim samochodem, mój pożyczyłem Colinowi.
Ale tym razem stary samochód całkiem odmówił posłuszeństwa. Mimo wielokrotnych prób, nie zapalił.
- No to dzisiaj nigdzie nie pojedziemy….
- Zostaw samochód, znam skrót. To tylko parę przecznic.
Uległa, i ruszyła za nim.
- David..?
- Tak?
- Wiesz coś więcej niż wszyscy, prawda? – spytała nagle.
- Co? O czym ty mówisz?
- O Tobym. Wiesz, co mam na myśli.
Zatrzymał się. Słabe światło latarni padało do jego twarz, oświetlając regularne rysy twarzy.
Odwrócił się do niej przodem.
- Posłuchaj, wiem, że Toby nie zaginął ot tak. Myślę, że Colin i Alice coś wiedzą.
- Co masz na myśli?
Zwlekał z odpowiedzią.
-Pamiętam, że tej nocy, w przeddzień gdy Toby zaginął, Colin był u was.
- Nie pamiętam niczego takiego. Jesteś pewny? Colina na pewno nie było wtedy u nas.
- Jestem pewny. Sam mi powiedział. Widziałem jak od tyłu wychodzi do waszego domu.
- Od tyłu?
- Chyba wiesz, że wtedy Colin i Alice byli parą, prawda?
Skinęła głową.
- Trzymali to w sekrecie, i Colin zawsze wchodził od tyłu, przez pokój Toby’ego, bo rósł tam jakiś bluszcz czy coś takiego. Nie chcieli żebyś nawet ty wiedziała, a tym bardziej Toby.
- Dlaczego Toby nie mógł wiedzieć?
- Nie wiem. Toby przyjaźnił się wtedy z Mary, która była dziewczyną Colina. Może bali się, że ich wyda.
- Jakie to wszystko zawiłe. Jak w kolumbijskiej telenoweli.
- Ale to przeszłość. Nie myśl o tym.
- Łatwo ci powiedzieć. – mruknęła.
- Idziesz na Festiwal Lata? – spytał, zmieniając temat.
- Nie wiem…
Festiwal Lata był imprezą, organizowaną pod koniec czerwca, na plaży w Rochester. Nie było na nim nic specjalnego, to po prostu rodzaj wielkiego pikniku, ale zawsze przychodziła masa ludzi.
- No chodź, podobno w tym roku ma być coś specjalnego.
- Czyli?
- Nie wiem, ale może być całkiem nieźle. Nie daj się prosić.
- Ten twój dar przekonywania – zaśmiała się - W porządku, zgadzam się.
Szli ulicą, rozmawiając, ale nie dostrzegli stojącej w bocznej uliczce postaci, która obserwowała ich od dłuższego czasu.
„Lepiej tam idź, Emmo, bo to może być twój ostatni Festiwal” – zaśmiała się w duchu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

10.

Carlos Woods pracował w szpitalu Świętego Serca od ponad dziesięciu lat. Był doświadczonym chirurgiem i niewiele było w stanie go zdziwić, chociaż jego praca nie była zbyt interesująca, bo zwykle trafiały się tylko złamane nogi lub inne kończyny.
Praca chirurga nie jest najłatwiejsza. Większość młodych ludzi, chce by lekarzami z serialu „Grey’s Anatomy” i są szczerze zawiedzeni gdy muszą robić kolejną operację wycinania wyrostka. On również pragnął zagadek medycznych, trudnych zadań… Ale z kolejnym rokiem przyzwyczaił się do swojej pracy i z pokorą robił proste zabiegi.
Teraz, będąc na sali operacyjnej nie mógł uwierzyć, że kiedyś tak myślał. Tak bardzo pragnął wyciąć jakiś wyrostek, a nie ratować życie postrzelonej dziewczynie.
Trafiła do szpitala w ciężkim stanie. Kula trafiła ją zaledwie siedem centymetrów od serca. Miała wielkie szczęście, co nie zmienia faktu, że to będzie najcięższa noc w jej życiu. O ile ją przeżyje…
Był profesjonalistą i nie mógł pozwolić sobie na takie myśli. Dziewczyna miała silny organizm i szanse na przeżycie. Ale mimo wszystko kula trafiła w klatkę piersiową, i dziewczyna straciła sporo krwi.
Atmosfera w sali była napięta. Chirurdzy pochyleni nad stołem zwykle rozmawiali, ale teraz panowała cisza, przerywana tylko poleceniami Carlosa. Walczyli o życie tej dziewczyny, jak o życie każdego pacjenta. Ale tym razem była to poważna sprawa. Ale na razie nic nie wskazywało, że będzie lepiej.
Tymczasem, na szpitalnym parkingu Emma, oparta o ścianę wdychała zimne powietrze, wpatrzona w ciemność.
Nie miała pojęcia, która jest godzina. Mogło być koło północy. Rodzicie przyjechali kilka godzin temu. Siedzieli w środku. Emma nie dawała rady. Nie chciała siedzieć tuż przed salą operacyjną i zamartwiać się, co będzie z Alice.
- Wszystko w porządku? – usłyszała głos matki, która pojawiła się na parkingu .
Podskoczyła przestraszona.
Co miała odpowiedzieć?
„No pewnie, wszystko w porządku, mamo. Przed chwilą Alice została postrzelona, a ktoś najwyraźniej bardzo chce jej śmierci. Ale wszystko jest w porządku”
- Może będzie lepiej, jeśli pojedziesz do domu? –spytała pani Woodbury, nie oczekując odpowiedzi na poprzednie pytanie.
- Nie wiem, wolałabym tu zostać… Ale może masz rację…Mam dość szpitala.
- Wszystko będzie dobrze, nie zamartwiaj się tym… – powiedziała Elizabeth, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.
Emma nie odpowiedziała, wymieniły tylko z matką krótkie spojrzenia. Ruszyła przez ciemny parking, w stronę swojego samochodu.
Zanim odjechała, siedziała w środku, patrząc gdzieś w przestrzeń. Z tyłu wciąż leżała jej toga i świadectwo. Zdawało się, że odkąd je tam rzuciła minęła cała wieczność, a nie kilka godzin.
Włożyła kluczyki do stacyjki i odpaliła samochód. Droga o tej porze była zwykle pusta, tak jak tym razem. Reflektory oświetlały jezdnię, a wokół panowała ponura ciemność. Włączyła radio, żeby zagłuszyć swoje myśli. Nie dałaby rady jechać w ciszy.
Jechała szybko. Za szybko, jak na jej starego pick-upa. Słyszała, jak z tyłu coś dziwnie hałasowało. Zrobiła to co zwykle – podgłosiła muzykę, żeby nie słyszeć, jak jej „staruszek” się rozpada.
Bała się o Alice. Sama przed sobą nie przyznawała się, że boi się, że Alice tego nie przeżyje. Ilekroć coś takiego przeszło jej przez myśl, co chwytało ją za gardło.
Dojechała na miejsce, zaparkowała. Próbowała zająć myśli czymś innym, ale nie mogła przesatć myśleć o Alice. Nie dopuszczała do siebie myśli, że Alice może nie przeżyć.
Wyjęła kluczyki ze stacyjki w połowie refrenu.
Naprzeciwko, pod domem Williamsów zobaczyła samochód Colina, który właśnie wjeżdżał na ich podjazd.
- Colin! – machnęła w jego kierunku.
- Emma, słyszałem o Alice… To musiało być naprawdę… - zaczął podchodząc bliżej.
- A co z tobą? I z tą sprawą z morderstwem? – spytała, spuszczając wzrok.
- To był tylko czyiś głupi żart.
- Rozumiem.
- A co z Alice?
- Alice…Jest z nią źle. Naprawdę źle. Widziałam jak do niej strzelał. To było… - urwała – Słyszałam rozmowę lekarzy. Dają jej czterdzieści procent szans na przeżycie. Czterdzieści, Colin – głos jej zadrżał – Nigdy nie byłyśmy jakoś specjalnie blisko z Alice, ale teraz…
Colin nie odpowiedział. Po prostu ją przytulił. Swoimi szerokimi, silnymi ramionami.
- Będzie dobrze. Obiecuję ci, Emmo.
- Gdyby to zależało do ciebie – powiedziała, odwracając się, żeby nie zobaczył jej łez. – Nie powinnam obarczać cię moim problemami.
- Daj spokój, martwię się tak samo o Alice jak ty.
- Dobranoc, Colin. – posłała mu coś na kształt uśmiechu.
Zamknęła drzwi i zauważyła, że na podłodze w salonie leżą kawałki szkła. Okno były wybite.
Na podłodze leżał kartka papieru zawinięta na kamień.
*Chociaż nie planowana, zemsta wciąż jest słodka. Najpierw twoja siostra, a kto następny? Ty czy twoi sąsiedzi?*
 

 

9.

*Trochę naciągany i dziwny...Za dużo oglądam filmów akcji.*
**********

Ten dzień był taki jak wszystkie w ostatnim czasie. Emma starała się zapomnieć o Tobym i wszystkim co z nim związane. Udawało jej się to, i w miarę upływu czasu wydawało jej się, że o nim zapomina.
Nadszedł dzień zakończenia roku szkolnego. Ponieważ dzień był ciepły i słoneczny, całą uroczystość przeniesiono na zewnątrz. Przed szkołą ustawiono krzesła, scenę i mównicę. Tłum ubranych w niebieskie togi i w studenckich biretach maturzystów kłębił się na głównym placu.
Uczniowie zajmowali krzesła, a Emma wciąż rozglądała się za swoimi rodzicami. Nie wierzyła, że przegapią zakończenie szkoły własnej córki.
- Witam was, drodzy uczniowie, rodzice…– Dyrektor popukał w mikrofon, próbując dojść do głosu – Wy, nasi maturzyści, jesteście tutaj, progu dorosłości i z niecierpliwością czekacie by opuścić mury naszej szkoły…Przez te lata kształtowały się wasze charaktery, wasza wiedza i umiejętności poszerzały się… Teraz jesteście jak ptaki, które wylatują ze swojego gniazda... – przerwał na chwilę.
- Zanosi się na kolejną melancholijną mowę… - słychać było cichy pomruk z tylnych rzędów.
- I jak ptaki, lecicie ku dorosłości, ku zmianom… - Kontynuował dyrektor - Może wybierzecie się na studia, a może nie…Ale bądźcie z siebie dumni, skończyliście liceum. Teraz rozprostujcie swoje skrzydła i lećcie! – skończył, licząc na brawa. Niechętnie, ale z grzeczności uczniowie zaczęli klaskać.
Ale nie obyło się bez drwiących śmiechów z poetyckiego porównania dyrektora.
- Bez zbędnego przedłużania przejdźmy do rozdania świadectw – oznajmił, po melancholijnej przerwie.
- Victoria Antis, Elizabeth Baker, Marshall DiLarents, Charles Flow… - dyrektor szybko przeszedł do „S”, „T” i w końcu do „W”…. - Emma Woodbury.
Emma wyszła ze swojego rzędu kierując się w stronę sceny. Stanęła obok dyrektora, który uścisnął jej dłoń i wręczył zrulowany dyplom.
Trzymała w ręku świadectwo, patrząc ponad głowami tłumu na budynek szkoły i trzepoczące na wietrze flagi Stanów Zjednoczonych. Nie rozglądała się za rodzicami. Stojąc na scenie czuła się dumna sama z siebie, czuła radość.
Skończyła liceum. Kogo obchodzą rodzice. Wyjedzie z Rochester, do college, gdzieś daleko. Zacznie własne życie.
W końcu świadectwa zostały rozdane. Dyrektor podeszedł do mikrofonu, westchnął przyglądając się uczniom i krzyknął z niekrywanym entuzjazmem:
-Panie i panowie, absolwenci roku 2012!
Czapki wzleciały w górę. Ucznowie poczuli się wolni, dorośli i samodzielni. Wystarczył tylko ten gest, podrzucenie swojej czapki do góry, w słońce, by poczuć smak wolności.
Potem uczniowie rozproszyli się, a na placu zapanował rozgardiasz. Emma ominęła tłum kierując się w stronę parkingu. Chciała pojechać gdzieś za miasto, zaszyć się gdzieś na wybrzeżu. Chociaż na parę godzin. Skoro jej rodzina nie przejmowała się ją, ona tym bardziej nie będzie przejmować się nimi.
Nigdy nie miał trudności ze znalezieniem samochodu na przepełnionym parkingu szkolnym. Obok sportowych wozów, lśniących w słońcu mercedesów, land-roverów, i innych drogich samochodów stał jej czerwony, stary pick-up.
Dla niej to auto miało „duszę” i za nic w świecie nie zamieniłaby go na coś innego. Miała często trudność z odpaleniem go, ale uwielbiała to auto. Zdjęła rzez głowę togę i rzuciła na tylne siedzenie, pozostając w T-shircie i dżinsach. Zanim zdążyła włożyć kluczyki do stacyjki, usłyszała ciche piknięcie komórki.
Esemes od rodziców.
*Przepraszamy, że nas nie było, nagły wypadek*
Nawet nie pofatygowali się żeby zadzwonić. Jedna wiadomość i sprawa załatwiona, myślała odpalając samochód.
Tym razem auto, zwane przez nią pieszczotliwie „staruszkiem” odpaliło bez problemu. Wjeżdżała na autostradę, gdy znów zadzwonił jej telefon. Z nadzieję zerknęła na wyświetlacz.
*Alice*
Alice? Była od dwóch tygodni w Nowy Jorku. Czego mogła chcieć?
- Halo?
- Emma? Jestem na lotnisku, mogłabyś po mnie przyjechać?
- Czekaj, co? Na lotnisku w Rochester?
- Nie, w Idaho –mruknęła zirytowana. Możesz po prostu tu przyjechać?
- No dobrze, dobrze.
Rozłączyła się i zmieniła bieg. Po chwili mknęła autostradą. Lotnisko było za miastem, jakieś piętnaście minut drogi. W końcu dojechała na lotnisko. Budynek był ogromny. Weszła do sali przylotów rozglądając się za Alice.
Siedziała tam może dziesięć minut czekając na siostrę. Pochłonięta swoimi myślami nie zauważyła, że wśród ludzi zaczęło panować dziwne zamieszanie.
W końcu zauważyła dlaczego. Z tłumu wybiegł jakiś człowiek, podnosząc do góry broń.
Całkiem spory pistolet.
Emma od czasów tej nocy czuła dziwny strach przed pistoletami.
Przed świszczącymi kulami.
Ludzie z krzykiem przerażenia uciekali gdzieś na boki.
- Na ziemię! – krzyknął mężczyzna.
Wszyscy opadli na podłogę, kierowani strachem. Takie rzeczy widuje się na filmach, ale nie w rzeczywistości. Ludzie byli przerażeni. Mężczyzna krążył wokół ludzi trzymając ciągle broń wysoko.
„Czego chciał na lotnisku? Dlaczego nie przyjeżdża policja?”
Oczywiście, że się bała. Broń zatrzymywała się kolejno na każdym z ludzi. Mężczyzna bawił się ich strachem, ich przerażone twarze sprawiały mu satysfakcję.
Wtedy zobaczyła Alice.
- Alice! – wyrwało jej się.
Mężczyzna obrócił się natychmiast w jej kierunku. Podniósł broń.
Miał typowo słowiańskie rysy twarzy, wyglądał na Rosjanina. Miał jasne, rozwichrzone włosy i szaleństwo w oczach.
Zauważyła, ze trzęsą się jej ręce. Widziała celowany w jej pistolet.
- Masz siedzieć cicho albo… - wycedził przez zęby.
- Nie próbuj się do niej zbliżać.
To był głos Alice.
Znowu odwrócił się gwałtownie w kierunku Alice. Tym razem stracił cierpliwość. Nacisnął spust.
- Alice! – krzyknęła Emma.
Miała wrażenie że kula leci przynamniej przez dziesięć minut. Rozległ się huk i łoskot.
- Alice…- wykrztusiła.
Opadła na podłogę. Kula trafiła Alice ją w klatkę piersiową. Wokół niej zbierała się kałuża krwi. Przerażeni ludzie zaczęli krzyczeć.
Serce podeszło jej do gardła. Stała przez chwilę jak spraliżowana. Ten widok… to było za wiele.
Poderwała się na nogi, ale w połowie drogi mężczyzna znów wycelował w nią broń.
- Chcesz byś następna? – warknął.
Trzęsła się ze strachu i płaczu. Kątem oka widziała Alice. Kałuża krwi coraz bardziej się powiększała.
Ale ktoś wykorzystał chwilę zdezorientowania mężczyzny. Rozległ się dźwięk policyjnych syren, a do środka wpadło przynajmniej dziesięciu funkcjonariuszy. Policjanci uporali się z nim szybko.
Podbiegła do Alice.
Od samego widoku zrobiło jej się niedobrze. Czuła ogromną gulę w gardle, dłonie trzęsły jej się jakby był stuletnią staruszką.
Dotknęła jej szyi, szukając pulsu.
Jest.
- Alice… - odsunęła się, nie wiedząc do robić.
Potem wszystko działo się szybko. Obrazy migały jej przed oczami, a Emma wciąż czuła się, jakby była obok, siedziała w kinie i oglądała kiepski film.
Pogotowie zabrało Alice do szpitala. Pojechała z nimi. Powiadomili rodziców. Nie miała pojęcia co dzieje się z Alice, po tych wszystkich wydarzeniach, była zbyt roztrzęsiona by kogoś szukać.
Siedziała sama w korytarzu, wciąż próbując opanować drżenie rąk. W poczekalni na ostrym dyżurze, w rogu stał telewizor. Właśnie leciały wiadomości. Na pasku w dolnej części ekranu pojawiły się informacje o dzisiejszym dniu.
„ Szaleniec z bronią na lotnisku Rochester: jedna osoba została ranna”. Potem prezenterka również o tym wspomniała.
Nie słuchała.
Wciąż przed oczami miała tą scenę.
Kałuża krwi.
Jak sześć lat temu.
Najpierw Toby, teraz Alice?
Wzięła głęboki oddech i kolejny raz próbowała uspokoić sama siebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
*Osiem dni temu napisałam ostatni rozdział...Mam nadzieję, że jeszcze nie zapomnieliście o moim opowiadaniu..*


- Sama wiesz, że tego nie zrobisz.
Odwróciła się.
Alice stała na podjeździe, a jej hipnotyzujące, zielone oczy wpatrywały się w Emmę. Kasztanowe włosy opadały na ramion. Z jej twarzy wyczytała drwinę i pewność siebie. Ale Emma znała ja na tyle dobrze, by wiedzieć, że sama boi się o własną skórę.
Samym wzrokiem potrafiła zmusić ludzi do zrobienia czegoś. Wystarczyło jedno spojrzenie Alice – a robiło się to, co chciała. Może to była jej charyzma, a może tylko umiejętność manipulowania ludźmi?
- Świat powinien poznać prawdę, Alice – Emma usłyszała swój własny głos, zaskakująco pewny. Zwykle w takich momentach łatwo jej ulegała.
- Żartujesz? Co ze mną? Miałaś jedenaście lat, i wciąż jesteś nieletnia. To ja będę za wszystko odpowiedzialna. Ty nie będziesz musiała dłużej kłamać, ale ja dostaną pomarańczowy kombinezon i dożywocie.
- Nie przesadzaj, przecież…
- Posłuchaj, to, co zrobiłyśmy potem, jest przestępstwem. Może nie dostaną dożywocia, ale już widzę siebie za kratkami.
Pewność siebie zniknęła, a Alice nie ukrywała uczuć. Jej oczy zaszkliły się, w głosie wyczuła strach.
- Pamiętasz książkę z ósmej klasy „Jasper Jones”? – spytała nagle Alice.
- Co? Jaki to ma związek z..
- Pamiętasz?
- Chyba tak…. To było o chłopcach, którzy znaleźli w lesie…Och. Rozumiem.
- Oni nie mieli wyboru. My też. Mówiłam ci to wiele razy.
- Ale.. Aresztują Colina!
Milczała. Spuściła wzrok i dopiero po chwili wahania powiedziała:
- Powinnaś o czymś wiedzieć, Emmo – zaczerpnęła głęboko powietrza – Wtedy, tamtej nocy…
Nie dokończyła, bo obie usłyszały, jak na ich pojazd wjeżdża czarny mercedes państwa Woodburych.
- Wtedy, tamtej nocy…? – spytała Emma, patrząc na Alice pytającym wzrokiem.
- Nie chcę o tym tutaj rozmawiać. Chodźmy stąd.
Emma rzuciła ostanie spojrzenie na drzwi.
„Może to nie był taki świetny pomysł? Może Alice ma rację.”
„Lub znowu stchórzyłam”.
Odwróciła się i podążyła za siostrą.
- Co się stało? – pani Woodbury wysiadła z samochodu, i marszcząc brwi patrzyła w stronę domu Williamsów.
- Colin jest… - zaczęła Alice, gdy przerwał jej głos policjanta, który wyszedł właśnie z domu sąsiadów.
- Państwo Woodbury? – spytał, pokazując przelotnie odznakę. – Dzień dobry, dobrze że państwo już są. Colin Williams jest oskarżony o zabójstwo pańskiego syna.
- Słucham? – wykrztusiła matka. – Ale…Toby…O czym pan…On…
Była zbyt zaskoczona, by ułożyć jakieś sensowne zdanie.
- Wczoraj, przy drodze głównej do Ohio znaleziono zwłoki pasujące do opisu Toby’ego Woodbury.
Ciężko było patrzeć na rodziców w takiej chwili. Oczywiście, że to nie mógł być Toby.
Ale Toby nie żył. Więc jest jakaś różnica?
- Powinienem przyjść razem z psychologiem, więc…
Emma popatrzyła na szklące się oczy matki, na wyraz twarzy ojca.
Przed te sześć lat oboje mieli nadzieję, że Toby się znajdzie, że wróci. Teraz ta nadzieja została pogrzebana. W końcu okaże się, że to nie Toby, może nadzieja wróci, ale nie będzie taka sama jak wcześniej.
- A Colin Willams…Cóż, dostaliśmy dzisiaj anonimowy list, z którego wynika, że to Colin go zamordował pańskiego syna. Oczywiście, ta opcja jest na razie mało prawdopodobna, ale możliwe, że ta sprawa ma drugie dno.
„Anonimowy list? Tak jak anonimowe liściki w mojej szafce”?
Emma wymknęła się cicho do domu. Przez kuchenne okno widziała, jak rodzice rozmawiają z policantem.
Opadła na krzesło, próbując uporządkować myśli.
Ta sprawa ma rzeczywiście drugie dno.
„Nawet ja nie znam prawdy”.
Kolejne tygodnie były dla państwa Woodburych stresujące. Najpierw wieść o śmierci syna, potem musieli zidentyfikować zwłoki. Takie przeżycia na trwałe zapisują się w pamięci, i mimo co tygodniowej terapii, był to trudny okres dla pani Woodbury. Jej mąż, zamknięty w swoim gabinecie, spędzał tam całe godziny. Okazało się, że człowiek znaleziony w Ohio nie był Tobym. Ale miało się wrażenie, że Elizabeth Woodbury całkim straciła nadzieję. Zabrała wszystkie zdjęcia Tobyego, zniknął jego dyplom z Yale.
Alice wróciła do Nowego Jorku, a Emma skupiła się na swoich sprawach. Była w klasie maturalnej Liceum im. Jamesa Dickeya, renomowanej szkoły średniej.
Wszyscy wiedzieli, że oddalają się do siebie, ale nikomu nie przyszło do głowy, by naprawić ich relacje. Z punktu widzenia osoby trzeciej byli normalną rodziną, a to im wystarczało.
Byle by tylko nie wywoływać skandali, byle by w oczach sąsiadów być najlepszym.
Podczas tych tygodni nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie było tajemniczych listów, policjantów…Aż do pewnego czerwcowego dnia….
  • awatar Another Bruno Mars's Stories: Uła :D ja chcę wiedzieć co dalej!! :) Alice nie powinna przed siostrą ukrywać spraw dotyczących Tobego. Z niecierpliwością czekam na następny :)
  • awatar Mirror♥ My rise and fall ♥: Weee wreszcie dodałaś :> Fantastyczny kurde że też tak potrafisz pisać :D Zazdroszczę :P Pisz pisz nie mogę się doczekać następnego :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

6.

Znowu przyśnił jej się ten sen.
Sen w którym słyszała strzał, a potem widziała spadającego ze schodów Tobyego.
Był tak realistyczny, że obudziła się z krzykiem. Słyszała swój ciężki oddech, pośród ciemności panującej w jej pokoju.
Śniła jej się tamta noc po raz trzeci.
Emma poczuła dreszcz, przeszywający ją od stóp do głów.
To było sześć lat temu, ale dokładnie pamiętała każdą chwilę. Pamiętała to uczucie, gdy Alice opowiadała jej drżącym głosem co się stało.
Pamiętała twarz Tobyego.
Zacisnęła powieki z całej siły, nie pozwalając wypłynąć łzom. Tęsknota za bratem często jej doskwierała. Czuła wtedy znajome ukłucia w sercu, że go straciła, i że już nigdy go nie zobaczy i z nim nie porozmawia.
Ale to wina Alice, pomyślała. Po raz pierwszy poczuła taką nienawiść do siostry. „To przez nią siedzę w tym wszystkim. Co z tego, ze znalazła się w złym miejscu o złym czasie? Gdyby nie ona…Och, nie mogę tak myśleć. Nie mogę jej obwiniać, za to, co się stało”.
Ale coś było nie tak.
Coś nie zgadzało się w wersji tych wydarzeń według Alice.
Kim była osoba, która były tu tamtej nocy? Dziwne zachowanie Alice też dawała do myślenia.
Kolejne puzzle, które nie pasują do układanki.
Ktoś musiał być wtedy w domu. A Alice o tym wiedziała.
Jak Alice mogła coś przede mną ukrywać?, myślała.
Udała jej się zasnąć ponownie, tym razem nie pojawił się sen. Obudziła się późno. Słońce przeciskało się przez ciężkie zasłony, wpadając do pokoju. Gdy mocnym szarpnięciem rozsunęła je, pokój zalał słoneczny blask.
Koniec z Tobym. – szepnęła sama do siebie, wpatrując się w poruszane wiatrem małe drzewka przed ich domem.
To przeszłość, pomyślała.
Wtedy usłyszała jakiś głośny szmer dochodzący z pokoju obok, który kiedyś należał do Tobyego.
Wyszła na korytarz. Przysunęła się do drzwi, i mocnym szarpnięciem otworzyła je. Skrzypnęły i otworzyły się gwałtownie.
Odetchnęła z ulgą. Pokój był pusty. Ale okno było otwarte, co zauważyła dopiero po chwili. Podeszła by je zamknąć. Na zewnątrz tez nikogo nie było widać.
„Może wpadam w paranoję?”
Pokój Tobyego od dawna nie był sprzątany, w środku wirował kurz i czuć było nieprzyjemny zapach stęchlizny.
Wychodząc z pokoju potknęła się o wystający z podłogi panel. Omal nie straciła równowagi. Już miała opuścić pomieszczenie, gdy zauważyła coś pod feralnym kawałkiem drewna. Podniosła go, a on odskoczył łatwo.
Pod podłogą schowane było pudełko po butach.
Toby musiał się nieźle napracować, żeby to tu ukryć, pomyślała. Uchyliła wieczko pudełka.
- O cholera… - wyrwało jej się.
W środku, upchnięte jedno na drugim leżały woreczki z białym proszkiem, strzykawki, skręty i wszystkie możliwe rodzaje narkotyków.
Zauważyła jeszcze jedno pudełko. Potem następne. Trzy spore pudełka.
Kokainy było najwięcej.
Patrzyła na to wszystko, nie wiedząc co myśleć.
Toby był dilerem.
Tak jak wtedy, gdy mieszkali w Los Angeles. Pamiętała dokładnie, jak ukrywał wszędzie gdzie się da towar.
Pewnie jest gdzieś tego więcej – pomyślała.
Nie miała ochoty tu dłużej przebywać. Toby to przeszłość.
Na biurku wciąż leżały jego komiksy, płyty, łóżku było niepościelone, dywan podwinięty. Jakby Toby wyszedł tylko na chwilę.
Taki widok przywoływał zbyt wiele wspomnień. Źle czuła się, przebywając tutaj.
Musiała stąd wyjść. Opuściła więc pomieszczenie, kierując się z powrotem do swojego pokoju.
Okno w jej pokoju wychodziło na dom Williamsów. Dopiero po chwili zauważyła, że na ich podjeździe stoi radiowóz. Znowu poczuła dziwny strach i mieszane uczucia, jak zawsze gdy widziała tego typu samochody.
- Alice? – zawołała, wychodząc na korytarz.
- Co? – słychać był ciche mruknięcie dochodzące z salonu.
- Wiesz co robi radiowóz pod domem Williamsów?
- Tak. Colin jest oskarżony o zamordowanie Tobyego.
- Co? – wykrztusiła. – I mówisz to takim tonem, jakbyś mi oznajmiała, że dzisiaj będzie padać?
- Słuchaj, ja…
- Nie, to ty słuchaj – przerwała jej. – Oni aresztują niewinnego człowieka, a ty tak sobie tu po prostu siedzisz?
Alice zawahała się, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko zacisnęła usta i milczała dalej.
- On nic nie zrobił, a może trafić do więzienia, rozumiesz?
- To co mam zrobić? – wybuchła nagle.
- Powiem ci co ja zrobię. Pójdę tam i powiem im wszystkim prawdę. – odwróciła się, kierując się do wyjścia.
- Zwariowałaś? Wracaj tu i nie wygłupiaj się.
- Mam tego dość. Tak będzie lepiej.
- Co? Nie możesz.. – krzyknęła za nią.
Trzasnęły drzwi.
Kierowana nagłym impulsem, Emma pokonała krótko przystrzyżony, zielony trawnik, idąc prosto do domu Williamsów. Serce biło jej jak szalone. Jeśli się zawaha, strach nie pozwoli jej tam pójść. Nie obchodziły ją konsekwencje.
„Co poczuję, mówiąc prawdę? Ulgę?”
Była już na żwirowanym podjeździe. Podeszła do masywnych, drewnianych drzwi.
Usłyszała wołanie Alice. Nawet się nie odwróciła.
Zawahała się. Oczyma wyobraźni widziała co się stanie, jeśli powie prawdę.
To już nieważne, pomyślała łapiąc za klamkę.

********

*Wiem, że jest nudny i postaram się, żeby w następnym było więcej akcji...*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

5.

*Zanim go tu wstawię, mam pytanie. Kto właściwie to czyta? Bo liczba komentarzy maleje, więc liczba czytelników pewnie też...*

*******
Emma szła szkolnym korytarzem lawirując między tłumem uczniów, i wspominając wydarzenia niedzielnego wieczoru.
Razem z Alice poszły do Williamsów. Przyszło sporo ludzi, ale trudno byłoby to nazwać imprezą. Większość z nich było znajomymi i przyjaciółmi Alice i Davida, no i Toby’ego. Emma nie znała tu nikogo, więc postanowiła że ulotni się i dołączy do swoich przyjaciół, którzy od paru minut próbowali się z nią skontaktować. Przechodziła obok jakiś uchylonych drzwi, gdy w oczy rzuciła jej się półka z mnóstwem płyt. Podeszła bliżej, przyglądając się sporej kolekcji. Ostrożnie wyjęła jakąś płytę, chcąc tylko ją zobaczyć. Wtedy na ziemię spadła brązowa koperta. Podniosła ją, chcąc włożyć ją z powrotem, gdy ze środka wypadło jedno zdjęcie. Zanim zdążyła je włożyć, zerknęła mimowolnie.
Emma przeszedł dreszcz na samo wspomnienia tej chwili.
Patrzyła na zdjęcie kilkanaście sekund, z coraz większym niedowierzaniem. Było identyczne jak jedno z tych, które dostała. Niektóre zdjęcia były takie same, niektóre inne od tych, które jej przysłano. Obejrzała dokładnie kopertę. Była zaadresowana. Do Davida Williams.
Zdjęcia były robione z tego samego miejsca, na pewno robiła je ta sama osoba. Były tak samo niewyraźne, jakby temu komuś trzęsły się ręce.
Dlaczego David dostał te zdjęcia? On też wie o tym co się wtedy stało? Wprawdzie ze zdjęć nic nie wynika, ale to wszystko było kolejną rzeczą, która będzie spędzać sen z powiek Emmy, wiedziała o tym.
Emma podeszła do swojej szafki, zdając sobie sprawę, że znowu zapomniała szyfru. Od początku roku zdarzyło jej się to co najmniej pięć razy. Woźny z łomem w ręku obok jej szafki był częstym widokiem.
- Znowu zapomniałaś szyfru, prawda? – usłyszała za plecami głos Liz, jednej z jej przyjaciółek.
- Tak.
- Miesiąc temu ustawiłaś jako szyfr swoją datę urodzenia.
- No tak, dzięki.
22 w prawo, 3 w lewo, 95 w prawo.
Otworzyła szafkę, pakując do niej podręczniki, gdy dostrzegła leżącą na wierzchu kartkę.
*Naprawdę myślałyście, że nikt się nie dowie? Już niedługo wasz sekrecik będą znać wszyscy*
Czuła jak jej puls przyśpiesza, jakby właśnie przebiegła maraton. Serce podeszło jej do gardła. Wpatrywała się w napisane starannym pismem słowa.
Zgniotła kartkę, przez parę sekund wpatrując się w kupkę papieru.
- Hej, wszystko w porządku? – spytała Liz.
- Tak, no jasne.
Włożyła kartkę do torby, z ulgą stwierdzając że skończyła już lekcje.
Wychodząc ze szkoły cały czas w głowie rozbrzmiewały te dwa zdania.
Już niedługo was sekrecik będą znać wszyscy.
Świadomość, że ktoś zna prawdę była przerażająca dla Emmy. Gardło miała ściśnięte ze strachu.
- Hej, podrzucić cię gdzieś? – usłyszała wołanie.
Odwróciła się. Z nią stał Colin Williams, starszy brat Davida, otwierający właśnie drzwi do czerwonego sportowego wozu.
- Hej Colin. Właściwie to szłam właśnie do domu.
- No to wskakuj.
- Alice jeszcze nie wyjechała? – zagadnął, wkładając kluczyki do stacyjki.
- Wyjeżdża za parę dni, ale… Hej, popatrz, czy to Elizabeth Crawson? – wskazała ruchem głowy postać przechodząc przez ulicę.
Twarz Colina przybrała dziwny wyraz.
- Ale.. ona się przeprowadziła…
- Najwyraźniej wróciła… - mruknęła, zapinając pas.
Elizabeth była najbliższą przyjaciółek Toby’ego i jednocześnie byłą Colina. To Toby przedstawił jej Colina.
- Właściwie to dlaczego ty i ona zerwaliście? – wyrwało się jej. – Przepraszam, to było głupie pytanie. – dodała po chwili.
- W porządku. Ja… - urwał - Zdradziłem ją z inną dziewczyną…– wykrztusił w końcu.
- Och.
- Nie powinienem ci tego mówić, ale tą dziewczyną była twoja siostra – dodał.
- Co? Naprawdę?
- Tak.
- Ale…Kiedy to było?
- Jakieś… sześć lat temu.
- Ale… ona miała wtedy chłopaka. Jak mogliście…? To okropne, Colin.
- Wiem, nie jestem z tego dumny.
- Dlatego przestaliście widywać się z Tobym?
- Nie, ta pierwsza kłótnia z Tobym była dużo wcześniej.
- Pierwsza? To było ich więcej?
Colin zawahał się, co odpowiedzieć, w końcu wyjąkał tylko:
- I..tak ci za dużo powiedziałem.
- Co masz na myśli? Dlaczego za dużo? – dziewczyna zmarszczyła brwi, przypatrując się Colinowi.
Nerwowo zmieniał położenie rąk na kierownicy i oblizywał wargi.
- Dlaczego mnie tak wypytujesz?
- Masz rację. Przepraszam… Słuchaj, Colin, pamiętasz coś z tej nocy w której Toby…zaginął? Mam na myśli prawdę, a nie to, co powiedziałeś policji.
Przez chwilę panowała cisza, zakłócana tylko cichą pracą silnika.
- Posłuchaj, Emmo, ja też dostałem zdjęcia. David też. Myślę, że powinnaś o tym porozmawiać z siostrą.
- Co? Ty…też….? – urwała.
- Tak. Dostałem zdjęcia.
Emma nie wiedziała co odpowiedzieć. Przed oczami stanęły jej te wszystkie zdjęcia.
„Co jeśli…Jeśli oni wiedzą więcej, niż powinni?”
- Dzięki za podwiezienie – powiedziała szybko, wysiadając z auta. Weszła do domu i już w progu zawołała siostrę.
- Rozmawiałam właśnie z Colinem. To była dziwna rozmowa, pomijając fakt, że powiedział, że zdradził z tobą Elizabeth. Ale nie oto chodzi. Posłuchaj, on i David wiedzą więcej, niż powinni. Dostali te same zdjęcia. Cały czas powtarzał „Porozmawiaj o tym z siostrą”. Powiedziałaś im coś? Alice, przecież…
- Nie powiedziałam im nic – odparła sucho. – Może tylko im się wydaje. To, że dostali zdjęcia, jeszcze nic nie znaczy. – dodała.
- Najwyraźniej nie są jedynymi osobami.
Wyjęła liścik i pokazała Alice.
Teraz jednak Emma zobaczyła strach w jej oczach.
- Skąd to masz?
- Ktoś zostawił w mojej szafce.
- Nieważne. Zapomnij o tym i nie przejmuj się tym. – powiedziała, idąc na górę.
- Nie rozumiem jak możesz to wszystko przyjmować z zimną krwią! Ktoś zna całą prawdę! – krzyknęła za nią.
- Zamknij się, do cholery! – warknęła zła, a po chwili Emma usłyszała trzaśnięcie drzwiami od jej pokoju.
Emma opadła na fotel. Miała dość tego ukrywania się i kłamstw.
„Alice chyba ma też coś do ukrycia” – przyszło jej do głowy.
„Nie, to niemożliwe. Ale… tamtej nocy prawie cały czas byłam w swoim pokoju. Tak naprawdę mogę nie wiedzieć co naprawdę się wtedy wydarzyło”.
Alice tym czasem, zamknięta w swoim dawnym pokoju, złapała za telefon, wykręcając znany jej na pamięć numer.
- Zawsze mówiłeś „Nie wracajmy do przeszłości”. Więc co robisz teraz? Dlaczego mówisz jej to wszystko? Pamiętasz naszą umowę? – mówiła zła do słuchawki, przyciszonym głosem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

4.

Emma widziała jak rodzice, stojąc w hallu, rozmawiają z policjantem. Dopiero po chwili zorientowała się, że wstrzymuje oddech. Nieświadomie zaciskała dłonie na poręczy schodów. Oni nie widzieli jej, ale ona miała doskonały widok na nich.
- Pana syna lub kogoś podobnego do niego widziano wczoraj w centrum Nowego Jorku. Przepraszam, że przychodzę o tak późnej porze, ale ostatnio dość często otrzymujemy sygnały, że Toby’ego gdzieś widziano. I… - nie usłyszała dalej, po przeszli do salonu. Wzrok policjanta powędrował ku schodom, gdzie stała dziewczyna.
Odetchnęła z ulgą. Często zdarzało się, ze ludzie „widzieli” Toby’ego, nie była to żadna nowość. Oczywiście zawsze okazywał się, że ta osoba nei była jednak Tobym. Sussanah Woodbury zawsze miała nadzieję, że to jednak jej syn, ale Emma i Alice znały prawdę, i trudno było im patrzeć na zawiedzioną twarz matki, gdy okazywało się, że to nie Toby.
Odruchowo cofnęła się, ale policjant zdążył ją zobaczyć. Powinna pójść tam i udawać, że bardzo ucieszyła ją ta wiadomość, ale nie miała ochoty odstawiać znowu tej szopki. Po prostu ruszyła do swojego pokoju, natłok myśli znikną, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki i zasnęła.
Następnego ranka obudziła się późno. Czuła w ustach gorzki smak, a ból głowy powrócił. Wzięła szybki prysznic i z ogromnym kubkiem kawy wyszła za taras, mając nadzieję, że świeże powietrze podziała na jej ból głowy.
- Hej – usłyszała za plecami.
Parę metrów od niej stał David Williams. Rodzina Willliamsów mieszkała tuż obok Woodburych. Toby i David byli najlepszymi przyjaciółmi. Zniknięcie Tobyego dla niego też było dużym zaskoczeniem i pewnie nie tak łatwo było mu się z tym pogodzić. Emma miała wyrzuty sumienia, że on jets kolejną osobą, która wciąż miała złudną nadzieję, że Toby wróci.
- Hej, co słychać David?
- W porządku…
- Co robisz w Rochester?
-Wróciłem na trochę do domu, niedługo wracam znowu do Vermont.
David przeprowadził się krótko po zniknięciu Toby’ego.
- Chcesz kawy?
- Nie, dzięki. Ostatnio chyba często przychodzi do was policja, prawda?
- Tak… On wciąż jest uznany za zaginionego.
- Minęło sześć lat…Nie zamknęli jeszcze tej sprawy?
-To zaginięcie…Nie można go „zamknąć”- odpowiedziała, zdając sobie sprawę, że to samo odpowiedział jej Brewster, gdy zadała to pytanie…
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, patrząc gdzieś w przestrzeń.
- Co właściwie pamiętasz z tamtej nocy?
- Nic. Naprawdę nic – odpowiedział szybko.
- Nic? Kompletnie.
- Naprawdę, nic. A ty ?
- Właściwie… Niewiele – skłamała.- Minęło sześć lat, a moja mama wciąż ma nadzieję, ze on kiedyś wróci. Ona cały czas potrafi o nim mówić. Ojciec nie potrafi wymówić jego imienia. Zachowuje się, jakby on nigdy nie istniał. Ma się wrażenie, że Toby nic dla niego nie znaczył – powiedziała.
- Czasami ludzie oddalają od siebie pewne sprawy, dopóki nie będą gotowi, żeby się z nimi uporać. Y chyba też nie lubisz o nim mówić.
- Nie lubię. To zbyt… Trudne.
- Rozumiem cię. Wiesz, jak to jest stracić najlepszego przyjaciela?
- Wiem, jak to jest stracić brata.
- No właśnie… Toby był dobrym człowiekiem. Sześć lat to kawał czasu, ale wciąż mi go brakuje.
„Był?”
Emma od rozmowy z policjantem była uczulona na takie rzeczy.
„ Pewnie on też już stracił nadzieję, jak ojciec”
Albo i nie.
- Tak… Mi też… - dziewczyna poczuła znajome ukłucie.
- A tak właściwie dlaczego przeprowadziliście się do Rochester z Los Angeles?
- Toby… Miał problemy z narkotykami. Musieliśmy stamtąd uciec, bo przecież idealna rodzina Woodburych nie może mieć syna, która ćpa, prawda? – mruknęła.
- Czekaj, Toby już wcześniej ćpał?
- Już wcześniej? David, czy on…
- Okej, tak. Ćpał. Ale…To przeszłość, dobra? Nie chcę o tym gadać.
- Po prostu nie wiedziałam. Myślałam, że z tym skończył.
- Narkoman zawsz będzie narkomanem, z tego nie da się do końca wyleczyć. Wiem coś o tym. Mój brat miał problemy z narkotykami.
Jego straszy brat, Colin, kiedyś przyjaźnił się z Tobym, ale krótko przed jego „zaginięciem”, do czegoś między nimi doszło, i z przyjaciół zamienili się w wrogów.
- Wiesz, narkotyki u Tobyego doprowadziły do tego, że… - przerwał nagle.
- Że?
Nie zdążył odpowiedzieć, bo na tarasie nagle pojawiła się Alice.
- Cześć David. Em, możesz na chwilę przyjść do kuchni? – spytała, zaskakująco miłym głosem i z uśmiechem na twarzy.
Uśmiech zniknął, gdy tylko przekroczyły próg.
- Co się stało? – spytała, widząc jej przestraszona twarz.
Alice wskazała ruchem głowy stół, na którym leżała brązowa koperta, zaadresowana do niej i Emmy. Była już wcześniej otworzona. W środku było kilka zdjęć. Emma wyjęła jedno z nich, ale wypadło jej z dłoni, gdy tylko zdążyła mu się przyjrzeć.
- O cholera…
Wysypała na stół resztę. Było ich ponad dziesięć.
Zdjęcia przedstawiały ją, Alice i.. Toby’ego. Emma pojawiła się tylko na jednym zdjęciu.
Dziewczyna nie miała wątpliwości, że zostały zrobione wtedy, sześć lat temu. Były niewyraźne, robione jakby z ogrodu, z dużej wysokości. Niewiele można było na nich zobaczyć. Tylko na ostatnim zdjęciu widać było Toby’ego z bronią w ręku. Ta fotografia przywoływała zbyt dużo wspomnień. Dziwnie było to zobaczyć z perspektywy osoby trzeciej, z resztą ona sama nie była światkiem niektórych zdarzeń z tamtej nocy, znała je tylko z opowieści Alice.
- Skąd to masz? – spytała bezbarwnym głosem.
- Leżało w skrzynce na listy. Nie mam pojęcia, kto to podrzucił. Nie było nadawcy.
- Ale…Kto zrobił te zdjęcia? I po co? – Emma opadła na krzesło, wpatrując się z brązową kopertę.
- Nie mam pojęcia, ale ten ktoś chyba chce dać nam do zrozumienia, że wie o wszystkim i w każdej chwili może oddać to w ręce policji.
To przerażało je całkiem. Zniknięcie kasety, teraz te zdjęcia…
„Kto i jak mógłby się dowiedzieć o tym, co się stało z Tobym?” - zastanawiała się Emma.
Ich rozmyślania przerwał głos Davida, który pojawił się w kuchni.
- Muszę już lecieć, ale jeśli nie macie żadnych planów, wpadnijcie do nas wieczorem, będzie paru znajomych.
- Jasne, wpadniemy. Do zobaczenia później! – powiedziała Alice, siląc się na radosny ton.
Emma miała mieszane uczucia co do Davida. Czasem miała dziwne przeczucia co do niektórych ludzi. Jego zachowanie było inne niż zazwyczaj. Nie wierzyła, że nic nie pamięta z tamtej nocy. Przecież tego wieczoru Toby był u Williamsów. To niemożliwe, żeby nic nie pamiętał. Ona i Alice mówiły, że nic nie pamiętają, ale to było kłamstwo. Jedno z wielu. One kłamały, by ukryć bolesną prawdę, ale co do ukrycia miał David?
********

*I...Jak?*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
*Ostrzegam - wyszedł bardzo nudny i gorszy niż poprzednie*

*******

Susannah Woodbury podeszła do kolejnej grupki gości zgromadzonej w ich salonie witając się i wdając się w kolejną sztuczną pogawędkę o pogodzie. Nie lubiła tego typu imprez. Nie znała połowy ludzi na tym przyjęciu. To jej mąż zaprosił tutaj tych wszystkich ludzi.
Zaginięcie Toby’ego zmieniło ją. Z radosnej, pełnej życia, ambicji i pragnącej zrobić karierę kobiety zamieniła się w osobę, której nie zależało już na niczym. Ta cała radość, marzenia - zniknęły. Każda rocznica zaginięcia syna sprawiała jej tyle samo bólu, wciąż pamiętała jego uśmiech, głos… Minęło sześć lat, a ona wciąż nie wiedziała dlaczego zniknął. Wciąż wierzyła, że pewnego dnia po prostu wróci. Ale zdawała sobie sprawę, że z każdym rokiem, z każdą rocznicą jej wiara słabła. Oczywiście, wciąż tęskniła za synem. Jej mąż, () nigdy nie wymieniał imienia Toby’ego, to on ściągnął jego zdjęcie z kominka, nie wspomniał o nim. Jakby Toby nigdy nie istniał. Susannah sądziła, że jej mąż nie przeżywa tego tak jak ona, ale on po prostu tak sobie z tym radził. To on ściągnął zdjęcie Toby’ego z kominka. Patrzenie na tą fotografię przywoływało zbyt wiele wspomnień…
Zadowolone z tego były Alice i Emma, które za każdym razem, gdy patrzyły na to zdjęcia przypomniały sobie tamtą noc, i dlatego od dawna chciały, by to zdjęcie zniknęło.
Emma również nie lubiła takich sztywnych przyjęć, dlatego siedziała na tyłach domu, na murku. Przez ogromne drzwi balkonowe widziała jak wszyscy zachwycają się Alice. Nie był to rzadki widok, zawsze wszyscy chcieli z nią rozmawiać. Była śliczna, mądra i zabawna, czego chcieć więcej?
Emma siedziała jeszcze tak przez chwilę, pogrążona w swoich myślach, gdy obok niej pojawiła się Alice.
- Pamiętasz jak ten policjant mówił o nagraniach z kamery?
- Taak…Czemu pytasz?
Alice nie odpowiedziała, tylko wyjęła z małej kopertówki kasetę.
- Skąd masz tego starocia?
- To nagranie z ósmego kwietnia 2006 roku, Emmo – powiedziała, triumfalnie podnosząc do góry przedmiot.
- Jesteś pewna? – dziewczyna nieświadomie przyciszyła głos.
- W garażu jest jeszcze odtwarzacz na kasety. Podłączymy go do telewizora i zobaczymy.
- Nie wiem, czy chcę to oglądać…
- Myślisz, że ja chcę widzieć jak… - urwała, nie będąc w stanie dokończyć zdania. – Tylko się upewnimy. Nie musimy oglądać całego nagrania.
- Pójdę po odtwarzacz, a ty idź na górę, będę tam za piętnaście minut.
Dwadzieścia minut później na ekranie plazmy stojącej w pokoju Emmy ukazał się niewyraźny obraz.
-Przewiń trochę do przodu.
- Jak to zrobić? Boże, co za stary sprzęt. Trzeba wymienić tę kamerę… - mruknęła Emma.
- Nie wiedziałam, że rejestruje wszystko na kasety…
- Ja też nie no i… - przerwała wpatrując się w ekran – Zatrzymaj. Kto to jest?
Na ekranie pojawił się ubrana na ciemno postać, która najwyraźniej nie zamierzała wejść do domu przez tylne drzwi.
Usłyszała jak pilot wypada z dłoni Alice, spadając na podłogę.
- Ja…Może…To znaczy… Jesteś pewna, że to ta noc? – spytała, dziwnie nerwowo.
- Tutaj jest data. Tego dnia nikt do nas nie przychodził. I dlaczego ten ktoś wchodzi od tyłu? Nikt nie używa tylnych drzwi.
- Było tuż przed pierwszą w nocy – mówiła dalej Emma, przyglądając się dokładnie postaci na ekranie.– Dziwne…
- Czy to istotne? – Alice wyłączyła telewizor i wyjęła kasetę. – Schowaj ją u siebie, pozbędę się jej jak wszyscy pójdą.
Po paru godzinach goście zaczęli się rozchodzić. Emma szła do swojego pokoju po kasetę, gdy przechodząc obok pokoju siostry usłyszała strzępki rozmowy telefonicznej. Alice mówiła przyciszonym i zdenerwowanym głosem:
- Całkiem o tym zapomniałam, i mało brakowało….Oczywiście, że nie…Och, zamknij się – krzyknęła. – Twoje groźby już nie działaj. Jak miałam jej to wytłumaczyć?! Może chcieć dowiedzieć się więcej. Trzeba było bardziej uważać…! Nie rozumiesz, że to ja muszę teraz odpowiadać za to, co zrobiłeś? Mam dość bycia odpowiedzialną za ciebie! – rozłączyła się, rzucając telefon ze złością na łóżko.
Emma odsunęła się, żeby Alice nie zobaczyła jej przez uchylone drzwi. Nie miała w zwyczaju podsłuchiwać, ale coś zatrzymało ją pod tymi drzwiami.
„ O czym ona rozmawiała? I z kim? Ostatnio taka zdenerwowana była podczas tej nocy” – zastanawiała się.
Miała wrażenie, że ma to jaki związek z Tobym.
„Co jeśli komuś o tym powiedziała?”
„Nie. Nie Alice, to niemożliwe”
Dziewczyna postanowiła nie pytać o to siostry i doszła do wniosku, że może to nie dotyczy Toby’ego, więc po prostu poszła po kasetę do pokoju. Otworzyła szufladę, potem następną i kolejną…
Kasety nie było.
Zaczęła nerwowo przeszukiwać cały pokój, a każdą otwierana szafką i szufladą jej strach rósł. Po pół godzinie zaczęła panikować, gdy zdała sobie sprawę, że ktoś mógł znaleźć przedmiot.
- Co ty robisz? – w progu pokoju pojawiła się Alice.
- Szukam kasety. Nie ma jej. Przepadła.
- Co?
- Leżała tutaj, teraz jej nie ma. Boże, co jeśli ktoś ją znalazł? Ktoś na pewno ją wziął.
- Kto? Uspokój się i przestań panikować.
- Przed dom przewijało się mnóstwo ludzi!
- Szukaj, aż ją znajdziesz – powiedziała, opuszczając pomieszczenie Alice.
Emma spędziła całe wieki na przeszukiwaniu pokoju. Gdy w końcu zrezygnowana dała sobie spokój, przekonana, że to koniec, usłyszała jak matka pyta ich gospodynię, Mary, czy wchodziła do pokoju Toby’ego.
- Nie, proszę pani..
- Okno było tam otwarte. Tylko pytałam – odparła trochę przygaszonym głosem matka.
„Od dawna ten pokój jest szczelnie zamknięty. Nikt tam nie wchodzi. Więc skąd otwarte okno?”
Emma poczuła ból głowy od tych wszystkich pytań, na które nie byo odpowiedzi, od stresu, od strachu…
Chciała chociaż na chwilę o tym zapomnieć. Nie zastanawiając się wślizgnęła się do gabinetu ojca, otworzyła barek i napiła się wprost z butelki najlepszej i najdroższej whisky. Po paru kolejnych łykach zakręciło się jej w głowie, ale nie przerywała picia. Nie piła dotąd alkoholu w takiej dużej dawce. Jedynym, jaki do tej pory piła to tanie piwo na jakiejś imprezie. Whisky wcale jej nie smakowało, ale teraz to było mało istotne.
Odłożyła butelkę dopiero wtedy, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Schowała butelkę i podeszła do okna, mimo silnych zawrotów głowy. Odsunęła zasłony, starając się zobaczyć, kto to.
Wytrzeźwiała zupełnie, gdy zobaczyła znajomą już postać na tarasie.
Sierżant Brewster.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Emma spała zaledwie kilka godzin, zasnęła dopiero nad ranem. Mimo to, dość wcześnie rano zeszła na dół. Chciała zrobić sobie mocną kawę, bo przez prawie bezsenną noc ledwo trzymała się na nogach. W kuchni, ku swojemu zaskoczeniu zastała Alice. Jej siostra studiowała w Nowym Jorku i rzadko przyjeżdżała do Rochester.
- Alice? Co ty tu robisz?
- Rodzice wyjechali na Rhode Island, otwierają tam nową restaurację. Nie będzie ich cały weekend, więc poprosili mnie żebym wpadła do domu.
- Kiedy przyjechałaś?
- Przed chwilą – Alice w skupieniu mieszała swoją kawę.
W końcu dziewczyna odwróciła się przodem do Emmy.. Jej długie, brązowe loki opadały na ramiona. Miała hipnotyzujące zielone oczy, w których zakochiwali się mężczyźni, regularne rysy twarzy, kości policzkowe, które chciałby mieć niejedna modelka…Emma poczuła znajome ukłucie zazdrości. To Alice była tą ładną, mądrą i wspaniałą córką Woodbury, a Emmy nigdy nie opuszało uczucie, że ona zawsze była tylko „ siostrą Alice”. Podobnie było z Tobym. To o nich rodzice mówili znajomym na bankietach i galach, to ich zdjęcia pokazywali z dumą. To ich osiągnięcia były najważniejsze. Cały salon był zastawiony pucharami z turnieju tenisowego Alice, a dyplom ukończenia Yale Toby’ego wisiał na honorowym miejscu.
Nikogo nie obchodziło, że Emma jako jedyna z całej rodziny wykazuje się jakąkolwiek kreatywnością i, że posiada wiele talentów, nikt nie zauważał jej poplamionych farbą ubrań, bo spędzała długie godziny na malowaniu obrazów, który nigdy nikt nie oglądał, bo były skrzętnie ukrywane. Marnowała wielki talent, ale przyzwyczaiła się do tego i pokornie znosiła rolę „tej najmniej ważnej”. Jej rodzice nie mieli szacunku do artystów, a słowo „kreatywność” nie występowało w ich słowniku.
Właśnie wysypywała kawę do kubka, gdy usłyszała dzwonek. Poszła otworzyć, mając nadzieję że to tylko listonosz i w końcu będzie mogła napić się kawy, bo rozpaczliwie potrzebowała kofeiny.
Za drzwiami stał policjant.
- Dzień dobry…Nazywam się Jason Brewster, jestem nowy w mieście i zajmuję się sprawą waszego brata. Chciałbym tylko zadać parę pytań.
- Proszę…Ale.. .myślałam, że zamknęliście tą sprawę – powiedziała, otwierając szerzej drzwi i odsuwając się w zapraszającym geście.
- To zaginięcie. Nie można go „zamknąć”. Wciąż prowadzimy dochodzenie.
- Rozumiem – mruknęła, prowadząc policjanta do salonu.
- Kto to był? - usłyszała głos Alice z kuchni. Dziewczyna wychyliła się zza drzwi.
Nie umknęło uwadze Emmy, że wyraz twarzy policjanta zmienił się zupełnie, gdy zobaczył Alice. Jak zwykle, każdy był pod wrażeniem jej urody.
- Przyszedłem zadać kilka pytań związanych z zaginięciem Toby’ego Woodbury. Znowu zajmujemy się tą sprawą, bo prawdopodobnie waszego brata widziano wczoraj w Dallas.
Och, z pewnością.
- W Dallas? W Teksasie?
- Tak. A wy byłyście ostatnimi osobami, z którymi widział się Toby. Więc…Co dokładnie pamiętacie z tego dnia?
- To była bardzo…stresująca noc – powiedziała Emma, wymieniając nerwowe spojrzenia z siostrą.
- Noc? Przecież o zaginięciu Toby’ego dowiedziałyście się dopiero rano.
- Mamy na myśli ogólnie te pierwsze dni i tygodnie… Wie pan, nie codziennie bracia tak po prostu znikają – odpowiedziała szybko Alice.
- Rozumiem… A nie wiecie dlaczego Toby mógł zniknąć? Wciąż nie znane są powody jego zaginięcia.
- To pytanie policja zadawała nam tysiące razy. Jaki starszy brat zwierza się swoim młodszym siostrom? On był raczej skryty i niewiele wiedzieliśmy o jego prywatnym życiu…
- Był?
- Chce pan może kawy? – spytała Alice, wstając gwałtownie z fotela.
- Tak, poproszę – odpowiedział. – Więc… - zwrócił się do Emmy.
- Minęło tyle lat… Odruchowo powiedziałam „był”… Nie widziałam go sześciu lat. Prawie zapomniałam jak wygląda.
Kiwnął głową w milczeniu.
- Zwróciłem uwagę, że macie przy bramie kamerę… Czy znalazłoby się nagranie z tamtego dnia? Dnia w którym zaginął Toby?
Emmie zrobiło się gorąco. Na pewno kamera zarejestrowała tą noc. Nieświadomie zaciskała pięści ze strachu.
„To koniec…” –przemknęło jej przez myśl.
- Kamerę mamy od kilku tygodni – skłamała Alice, stawiając kawę na małym stoliku.
- Aha. Dziękuję. – mruknął, sięgając po papierowy kubek. – Kto pierwszy zauważył zaginięcie Toby’ego?
- Rano ja i Emma zauważyliśmy, że go nie ma. Nie wracał do południa, więc zadzwoniliśmy do rodziców, otwierali wtedy nową restaurację w San Francisco.
- Chwileczkę – policjant zmarszczył brwi przeglądając jakieś papiery – Z raportu z 8 kwietnia 2006 roku wynika, że to wasi rodzice zauważyli jego nieobecność.
Emma znowu poczuła ściskanie w żołądku ze strachu i zdenerwowania.
- Rodzice tyle razy wyjeżdżali, a on często nie wracał do domu po imprezach…. To było dość dawno temu…Wszystko co wiemy powiedziałyśmy już policji.
- Dobrze… Będę już uciekać. Dziękuję za kawę.
Odetchnęły z ulgą dopiero, gdy zamknęły się za nim drzwi.
- Brawo, Em. Popisałaś się.
- Ale...
- Mówisz za dużo szczegółów. Jeszcze chwilę, a wydałabyś nas.
- Po prostu się bałam. To, co zrobiłyśmy…
- Nic nie zrobiłyśmy i..
- Skoro nic nie zrobiłyśmy, to czemu tak ukrywamy prawdę? – przerwała jej.
Alice zignorowała jej pytanie i ciągnęła dalej:
- Pomyśl o rodzicach. Jakby zareagowali? To było najlepsze rozwiązanie. My nie zrobiłyśmy nic złego. A wszystkie dowody wskazywałyby na nas. Nikt by nie uwierzył, że znalazłyśmy się tylko w złym miejscu o złym czasie i że nie brałyśmy w tym żadnego udziału, bo to był tylko wypadek. Nie bądź naiwna, Emmo – powiedziała zła, opuszczając salon.
Emma opadła na kanapę, zastanawiając się słowami siostry. W pewnym momencie ze swoimi kłamstwami zaszły za daleko i nie było już odwrotu. Musiały ukrywać przed rodzicami prawdę, codziennie patrzeć na zdjęcie Toby’ego stojące na kominku... I do tego paraliżujący strach, że ktoś może dowiedzieć się prawdy.
* * * *
Sierżant Jason Brewster wsiadł do służbowego samochodu z uczuciem, że nie wykonał swojego zadania. Był młody i ambitny, i może oglądał za dużo seriali kryminalnych i wszędzie doszukiwał się zbrodni i sensacji, ale bardzo chciał rozwiązać tę sprawę. Nie uśmiechało mu się wlepianie mandatów lub przeprowadzanie dzieci przez ulicę. Chciał czegoś więcej.
- I co? – spytał jego partner, Clarence Tool.
- Nic. Nie powiedziały nic więcej. Ale wiem, że kłamią. Ich zeznania nie zgadzają się, mówią o nim „on”, używają czasu przeszłego… Nawet się nie ucieszyły, gdy skłamałem o Teksasie…Zero reakcji. A ta młodsza ma kłamstwo w oczach. Dosłownie. Ma rozszerzone źrenice gdy kłamie. Ludzie nie znikają, ot tak, bez powodu. One coś wiedzą, czuję to.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Znowu miała ten sen. Ten, który od sześciu lat często się powtarzał. Widziała w nim sceny z tamtej nocy. Twarz Toby’ego. Ciemny las. Plamę krwi na schodach w hallu. Głęboki dół.
Usiadła na łóżku wpatrując się w ciemność i próbując uspokoić oddech.
Dzisiaj pewnie znowu napiszą w gazetach, że Toby jest wciąż uznany za zaginionego. Jakie to dziwne, że tylko ona i jej siostra znają prawdę.
Emma Woodbury widząc, że nie da rady już zasnąć wyszła z pokoju i zeszła na dół do kuchni.
Ściskała teraz szklankę z wodą, siedząc na parapecie.
Ogromny, stary zegar wybił pierwszą. Dokładnie sześć lat temu miała miejsce…ta noc. Zawsze w myślach tak to nazywała. Ta noc.
Popatrzyła na las, w którym dokładnie sześć lat temu razem z Alice…
Poczuła znajomy dreszcz, jak zawsze gdy o tym pomyślała.
- Czemu nie śpisz? – Emma podskoczyła na dźwięk zaspanego głosu matki.
Państwo Woodbury mieli swoją własną sieć restauracji, popularną w całym kraju. Stać ich było na postawienie ogromnego domu na przedmieściach Rochester, w stanie Nowy Jork. Doczekali się trójki dzieci. Najstarszego Toby’ego, Alice i najmłodszej, siedemnastoletniej Emmy. Ich idealne życie skończyło się, gdy nagle bez śladu zniknął ich syn. Bogate małżeństwo nie miało pojęcia, że całą prawdę znają tylko ich córki.
- Nie mogłam zasnąć…- mruknęła, zeskakując z parapetu i kierując się w stronę drzwi.
- Och, kochanie, wiem że martwisz się tą całą sytuacją. Dzisiaj jest rocznica zaginięcia Toby’ego i ja też..
- W porządku mamo – przerwała jej.- Nic mi nie jest, ja wiąż wierzę, że on gdzieś tam jest. Cały i zdrowy.
Sztukę kłamania opanowała do perfekcji.
- Ja też w to wierzę… A teraz idź spać.
Och, gdyby tylko ona wiedziała, jak było naprawdę. I co stało się z Tobym. Emma poczuła ucisk w klatce piersiowej, również znajomy.
Ominęła matkę i ruszyła po marmurowych schodach na górę.
Schodach na których wszystko się zaczęło. A może raczej skończyło?
Obrazy z tego dnia przesuwały się jej przed oczami jak w kalejdoskopie. Wzięła kilka głębokich oddechów. Znowu zaczęła uspokajać sama siebie, tak jak to robiła mając jedenaście lat. Nie podziałało. Do rana leżała na łóżku wpatrując się w sufit, odtwarzając niczym film w swojej głowie wydarzenia tamtej nocy.
  • awatar Mirror♥ My rise and fall ♥: Wow wspaniałe ! Normalnie jak jakaś wspaniała książka bestsellerowa ! :D
  • awatar Only Bruno: WoW Naprawdę świetne! Bardzo tajemniczo i bardzo ciekawie :D
  • awatar The Dark Side: @Another Bruno Mars's Stories: @Hooliganki rządzą światem :D: @We need little magic.: Fajnie, że się wam podoba :D Aż chce się pisać kolejne odcinki :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›